niedziela, 18 listopada 2018

Marnujemy życie

Siadam czasem i rozglądam się wokół siebie, zastanawiać dlaczego tak się stało, dlaczego tak jest? Moja choroba, ograniczenia z nią związane są oczywiste.. jednak czemu wydaje mi się, że mimo wszystko i tak mamy wystarczające dużo aby móc z tego czerpać szczęście? Mimo wszystkich wad naszego związku, mamy więcej niż inni - czemu takie przeświadczenie wciąż tkwi mi w głowie? Nie wiem ale właśnie dlatego tak ciężko jest mi się pogodzić z obecną sytuacją. Marnujemy życie na oddaleniu się od siebie, tracimy bezpowrotnie sekundy, minuty, godziny, dni. Czasem mi się wydaje, że w ten sposób marnujemy życie, szansę jaką otrzymaliśmy skoro mamy zdrową córkę, piękne mieszkanie, umiejętność wspólnej pracy, zgodność co do gospodarowania pieniędzmi. Czy to wszystko to nic? Za mało aby skupić się na sobie, brać nawzajem z siebie ile się da? Sytuacja w jakiej jestem spowodowała, że mam wrażenie, iż poziom mojej wartości jest poniżej zera, na znacznym minusie skoro nie rekompensują ogólne oceny naszego małżeństwa, wszystkie sukcesy, osiągnięcia i możliwości. Zagubiłem zupełnie siebie, to kim byłem.. więc jakby w naszym związku w tym momencie nie było ani dawnej Jej ani dawnego mnie. Zmarnowaliśmy oboje to kim byliśmy i nie wiem dokąd to prowadzi ale czas ucieka, życie ucieka... bezpowrotnie a My nie wykorzystujemy nawet tego co mamy. Kiedyś ktoś mi powiedział, że skupiając się wciąż na tym czego się nie ma, nie da się być szczęśliwym - można jedynie zniszczyć to co się udało osiągnąć bądź zwariować. Dziś gdy wiele samotnych osób marzy o rozmowie, my marnujemy czas na ciszy, na sporadycznych rozmowach, na życiu metr od siebie, zasypianiu metr od siebie choć możemy się przytulić... bo tak jest lepie? Nie dla mnie. W głowie jak cierń tkwi u mnie tęsknota za dawnym sobą, za Nią, za Nami. doprowadza mnie to do szaleństwa i jedynie moje dziecko osładza to co pozostało.

niedziela, 4 listopada 2018

Modlitwa

Ostatnio wróciłem do modlitwy, ostatnio bowiem nie było z tym ciekawie - 2 lata prosiłem o ratunek dla mojego małżeństwa, nie o cud lecz chociaż o wskazówkę. Mimo to stopniowo było coraz gorzej a ja poczułem się jak niekochany syn stwórcy, pozostawiony sam sobie, nie zdolny do zwrócenia na siebie uwagi. Złamało mnie to, że przysięgałem przed ołtarzem, oddałem swoje małżeństwo Jemu a ono umiera z każdym dniem. Dziś nie klęczę przed Bogiem lecz leże, jestem najniżej jak to możliwie: emocjonalnie, psychicznie, fizycznie. Od kilki dni cały różaniec i modlitwa o uratowanie małżeństwa. W sercu mam jednak pustkę, nie mogę się odnaleźć, skupić się na modlitwie a w oczach stale łzy. Jeśli ktoś jest w stanie odmienić moje małżeństwo, wlać ponownie miłość w serce mojej żony i wiarę w jej umysł, to jedynie siła wyższa. Modlitwa to również mój sposób na samotność.. nie mam bowiem nikogo poza córką a ona jest za mała i za czysta na takie problemy. Nikt nie zna całej prawdy, z nikim o tym nie rozmawiam. Pale się w środku... w ciszy. Oby mała nigdy nie zaznała takiego życia. Modląc się mówię: Boże ratuj to małżeństwo, ratuj tę rodzinę, ocal Nas, nie odbieraj małej rodziców i domu... Chciałem w życiu jedynie domu miłości, szczęścia i zdrowia córki, kochającej żony, wzajemnego szacunku, zaufania i braku strachu o jutro.  Złamały się we mnie ideały, wiara w miłość, przekonanie, że poświęcenie ma sens... czuje się jak zgnieciona kartka papieru, jak stary niechciany pluszak. jak ktoś nikomu niepotrzebny, czyjś błąd.  Nie wiem czy istnieje reinkarnacja ale jeśli tak, to musiałem być w innym wcieleniu kimś bardzo złym a to wszystko pokuta. Kara, zasłużona kara ale brak jest świadomości winy więc jaki ma sens? Nie wiem... może cierpienie nie ma sensu, może wcale rodzina, żona i dziecko wcale nie były rekompensata losu za niepełnosprawność lecz kolejną częścią życiowego bólu. Pamiętam czasy gdy zasypiając modliłem się w ciszy i żona czasem też... było inaczej. Nie mogę spojrzeć Jej w oczy, wiem co w nich jest... pogarda.

sobota, 3 listopada 2018

Ostatnia rozmowa?

Żona wykrzyczała mi, że żyje w celibacie... przeze mnie, że gdy na dyskotece dotknie ją jakiś facet za rękę, to ucieka, nie wie jak sie zachować. Gdy to mówiła jej twarz ukazywała żal, obrzydzenie do mnie. Nie życzę nikomu zobaczyć oczy kogoś bliskiego, mówiącego o czymś takim i w taki sposób. Bolało mnie to, że zapomina, iż ja także żyje w celibacie ale to już nie ważne... wraz ze swoim kalectwem jestem gdzieś z boku, dalej jest Ona - zdrowa, obwiniająca mnie za Nasze i jej decyzję. Oddzieliła grubą kreską te oba światy. Nie ma w tym już czarnego i białego, wszystko jest szare, nieokreślone. "Nie poradziłam sobie z życiem z kaleką"... prawda jest taka, że miała prawo sobie nie poradzić, nie ważne, iż takiego mnie poznała i nie wiele się w tym względzie zmieniło. Bez różnicy ostatecznie też jest to, jaki byłem, jestem, czy walczyłem i czy nie odpuściłem. Zmieniłem się "Ja" w jej głowie a następnie w sercu. "Nie kocham cię" ... "nie ma dla nas szansy" - tymi słowami chyba wszystko skończyła... Nie wiem co będzie dalej, nic do mnie nie mówi, patrzy na mnie z pogardą. Podczas tej rozmowie zauważyłem jednak jak wiele ze wspomnień żona wyparła, jak przypisuje mi cechy (złe) których nie mam, jednocześnie niczym tego konkretnym nie uzasadniając, jakbym co najmniej dotychczasowym życiem dowiódł, że takie cechy mogę mieć. Może po prostu żona chce coś sobie ułatwić, znienawidzić mnie itd. W tym momencie siedze i myślę jak zniknąć z jej życia a nie zniknąć z życia małej - nie wiem co zrobić... napisałem wiadomość do pobliskiego DPS, mają dać mi odpowiedź w poniedziałek ale koszt pobytu to 145 zł dziennie co oznacza, że pracował bym jedynie na pobyt tam a gdzie utrzymanie córki? Poza tym nie chciał bym aby córka wiedziała gdzie mieszkam... Nie chce wrócić do rodziców - oboje pracują a przede wszystkim nie chce już nigdy więcej być uzależniony w sensie opieki, od osób z którymi związany jestem emocjonalnie. Pewnie żonie wydaje się, że to ona jest w trudnej sytuacji.. to tak jak z tym celibatem - jest niczym na tle braku codziennego ciepła, wiem bo doświadczyłem jednego i drugiego. Nie ma mnie... po prostu mnie nie ma. Ktoś kto doznał czegoś takiego wie, o jakim niebycie mówię..