piątek, 3 sierpnia 2018

Życie z rodzicami

Podstawowym problemem jaki pojawił się w naszym życiu, stało się życie z rodzicami pod jednym dachem. Zajmowaliśmy wówczas jeden pokój, do jakiego w dodatku niestety przyzwyczajeni, przez co często wciąż z nami przesiadywali. Żonie (choć jeszcze wtedy nie) bardzo to przeszkadzało i mi z resztą też. Negatywnie wpływało to na prywatność, intymność i nasze relacje, jednak mimo pojawiających się burz, byliśmy blisko - fizycznie jak psychicznie. Stopniowo podejmowaliśmy próby wpłynięcia na moich rodziców o odstąpienie nam góry, gdzie można było zorganizować kuchnie i nieco się odgrodzić, ale szło to jak po gruzie. Zaskakująco ciężko było pojąć rodzicom taką potrzebę jednak w końcu ulegli. Argumenty podawane przez żonę w tej kwestii były niepodważalne, jednak zaniepokoiło mnie to, że zaczęła je używać przeciwko mnie - zauważyła bowiem, że mam problem ze skutecznym wpływaniem na rodziców i miała rację choć z drugiej strony, narzucenie komuś czegoś w jego własnym domu zazwyczaj jest trudne. Między nami dochodziło jednak do sytuacji gdy kłótnia dotycząca kwestii nie związanych z mieszkaniem z rodzicami, kończyły się atakiem żony w stylu: a ostatnio twój tata.. (...) a ty nie zrobiłeś na to tego i tego. Był to argument zamykający mi usta gdy miałem jej coś do zarzucenia (kompletnie nie związanego z tym problemem). Wiele nocy przez to nie spałem, czułem się bezsilny, ona wiedziała, że w ten sposób może zawsze skutecznie uderzyć i czyniła to. Ostatecznie przeniesienie na górę udało się, a nasze relacje poprawiły się. 

czwartek, 26 lipca 2018

Okres normalizacji po pierwszym kryzysie

Po wstrząsie jaki oboje przeżyliśmy w związku z perspektywą możliwości realnego rozstania, wydaje mi się, że oboje wyciągnęliśmy wnioski. Bałem się wtedy, że ją stracę i chyba ona również się przestraszyła. Rozchorowałem się wtedy ale w sercu był spokój, zadbała o mnie i pomogła wrócić do zdrowia. Był to jak się okazało jedyny poważny kryzys, wnioski z którego nie sprowadzały się wyłącznie do mojej winy. Z każdym z kolejnym tak właśnie było, co dziś uważam za coś co w perspektywie czasu Nam bardzo zaszkodziło. Związek to dwie a nie jedna osoba, dlatego wina nigdy nie leży tylko po jednej stronie a zreflektowanie stanowiska jednej osoby, niewiele da. Zawsze byłem nią ja. Byłem tym od naprawiania. Mimo to stopniowo wróciła namiętność i codzienne ciepło. Zdarzały się sporadycznie jeszcze kłótnie i gorsze dni, ale nie były to kryzysy. Wydaje mi się, że uwaga narzeczonej skupiła się wówczas na zmianie pracy i remoncie naszego kąta - mieszkaliśmy wtedy jeszcze z rodzicami. Gdy zrobiliśmy remont, jednocześnie przeżyliśmy bardzo dobry okres, związany z pracą żony nad morze. Każdej nocy byliśmy tam razem, relacje kipiały od wspólnych planów i bliskości.

sobota, 14 lipca 2018

Pierwszy kryzys

...pierwszy kryzys pojawił się po ok. pięciu latach. Wówczas pamiętam to jak dziś, miało to miejsce w dzień wszystkich świętych. Żona była wtedy moją narzeczoną, nie był to okres kłótni tylko jakiejś załamującej rezygnacji, z Nas i z dotychczasowego życia. Chciała odejść, wyjechać za granice do siostry ale nie miała też na to większego planu. Wtedy pierwszy raz uderzyła mnie możliwość że to wszystko się może skończyć, że nie jest tak jak ona mówiła po kłótni: kłótnie kłótniami ale nie jest to rozstanie, nie wolno mi nigdy tak myśleć - tak mawiała. Załamało mnie to wtedy, stając się m.in. powodem takiego spadku odporności, że omal nie umarłem na zapalenie płuc. Pamiętam noc gdy to naprawiliśmy - zapytałem ze łzami w oczach: która Ty to Ta prawdziwa... objęła mnie i płacząc powiedziała, że ta co mnie kocha. Był mróz, spaliśmy przy otwartym oknie... zawiało mnie. Pamiętam obudziłem się dzień później w nocy a ona na mnie patrzała. Widząc, że nie śpię zapytała czemu tak ciężko oddycham. Myślała wtedy, że to stres..  pewnie też ale jednocześnie już wtedy w układzie oddechowym działo się coś złego. Mieszkając wtedy wciąż ze sobą, oficjalnie się rozstaliśmy. Trwało to jakiś tydzień. Aż do owej nocy. Nie pamiętam dokładnych powodów chyba nie było sprecyzowane, ale było to ostrzeżenie...