Szukaj na tym blogu

czwartek, 27 marca 2025

Dwa źródła zmęczenia

 


Długa przerwa w pisaniu spowodowana była głównie problemami zdrowotnymi, które ciągną się tak naprawdę, aż do teraz. Po części związane są  one z sezonem, a po części z moją niepełnosprawnością. Zaczęło się od tego, że podjąłem poważniejsze i formalne kroki do przejścia z zastrzyków na syrop. To jest stricte związane z rdzeniowym zanikiem mięśni na jaki choruje i z tym, że po kilku latach udziału w programie lekowym byłem wielokrotnie naświetlany u-rtg, a to nie jest zdrowe dla żadnego organizmu. Pojawienie się tego leczenia było błogosławieństwem, znosiłem więc często więcej niż powinienem, zdecydowanie więcej niż było to dobre dla pozostałych wolnych od SMA aspektów mojego zdrowia. Pchała do tego nieustannie pozostająca w głowie myśl, że jest to pierwsze leczenie w ogóle na rdzeniowy zanik mięśni. Moim szczęściem jest więc, że miałem możliwość i wciąż mam z niego skorzystać. Nie można przy tym zapominać o wielu osobach, które zwyczajnie tego momentu nie dożyły.
Formalności jakie towarzyszyły przejściu z zastrzyków na syrop spowodowały, że przerwa między jednym, a drugim podaniem leku bardzo się wydłużyła. Innymi słowy przez dłuższy czas nie otrzymałem zastrzyku, a przy tym jeszcze nie otrzymałem syropu... Jeśli wcześniej wydawało mi się, że odczuwam i źle znoszę ostatni etap czasu poprzedzającego podanie kolejnej dawki leku, to po tym, co działo się na początku tego roku wiem, że nic o tym wcześniej nie wiedziałem. Dopiero teraz poczułem, co oznaczają objawy abstynencje przy terapii spinrazą. Grawitacja zdecydowanie się zwiększyła. Od rana do  wieczora, bez względu na poziom wyspania, ręce i nogi były niczym z betonu... do tego stopnia, że każdy ruch stanowił ogromny problem. Tak naprawdę wstawałem już zmęczony i kładłem się spać jeszcze bardziej wykończony dniem, w którym mogłem nic nie robić, a i tak odczuwałem jego trud. To jest straszne, gdy odpoczynek nic nie daje. Jest to straszne nie tylko dla ciała, lecz również dla psychiki. Łamie bowiem człowieka, tym bardziej, że nigdy nie zaakceptowałem swojej choroby. Jest ona dla mnie wrogiem, więzi mnie w nie moim ciele, dlatego o akceptacji nigdy nie było i nie będzie mowy. Mogę zdobyć się wyłącznie na tolerancję. 
Nieszczęścia chodzą parami i jakby tego było mało poza abstynencję od leku złapałem najpierw wirusa grypy, a potem wirusa rsv. Odbyło się to w sposób płynny, praktycznie bez żadnego dnia braku choroby. Lekarz rodzinna postawiła na leczenie inne niż antybiotykoterapia i nie do końca była to dobra decyzja. Ostatecznie wykaraskałem się z tych infekcji w terminie niemal książkowym, ale dopadły mnie powikłania w postaci zapalenia zatok. Z tego było mi wyjść już zdecydowanie trudniej. Najpierw jeden antybiotyk, który jedynie zredukował objawy, lecz ich nie usunął, a potem drugi antybiotyk, który do reszty dobił wnętrzności, lecz ostatecznie uporał się z zapaleniem zatok. Dopadły mnie zatem dwie fale słabości i odczuwania grawitacji silnej jak nigdy - brak leku na rdzeniowy zanik mięśni, w połączeniu z antybiotykoterapią. Na szczęście mam to już za sobą, bo udało mi się przejść na syrop. 
O prawidłowy dobrostan psychiczny dam również słuchając się swojego psychoterapii. Przede wszystkim odradził mi on podejmowania jakiejkolwiek dyskusji z moją byłą żoną. Wyjątkiem są tylko sytuacje, w których jej wiadomość do mnie zawiera jakieś pytanie na które należy odpowiedzieć. Jeśli więc jej wiadomość do mnie jest zaczepką dla samej zaczepki, to zostaje całkowicie przeze mnie zignorowana. Nie podejmuje tematu, nie robię nic, puszczam to dalej i zostawiam jej. Resztę staram się regenerować dobrym odżywianiem, odpoczynkiem, snem i spacerami. Wiosna i towarzyszące jej przesilenie, które na pewno też zrobiło swoje. Pozostaje być dobrej myśli i cieszyć się tym, że już jutro jadę po swoją córkę.

wtorek, 28 stycznia 2025

Ferie 2025 i standardowe zagrywki


 Ferie zaczęliśmy od wizyty w galerii w Poznaniu - celem było kupienie Klaudii czegoś na długi rękaw ale cienkiego. Mimo tego, że w Primarku jest dosłownie wszystko i więcej niż trzeba, tego czego szukaliśmy nie znaleźliśmy ale nie znaczy to, że nie kupiliśmy niczego. Po opanowaniu wstępnego szaleństwa na widok gadżetów i ubrań w tematyce wszystkich popularnych bajek i po przejrzeniu bluz z Dragon Ball'em, skończyło się na kupnie kocyka (setnego już chyba ale cóż) i wyklejanki cekinkowej (jak fachowo się to nazywa - nie wiem). Wracając Klaudia już wiedziała, że w domu czeka na Nią Aśka więc atmosfera była bardzo miła - czas bez liczenia dni (nie zrozumie tego nikt kto tego nie doświadczył - tęsknotę ojca za córką nazywać myśleniem jedynie o sobie jest plugastwem).
       W kolejnym dniu poszliśmy na lodowisko. Blisko domu mamy świetne miejsce ale jego wadą jest brak zadaszenia, przez co korzystanie z lodowiska determinowane jest przez pogodę zwłaszcza, że chodzimy tam pieszo (ok. 1 km) - innymi słowy nie może padać. Tego dnia Klaudia namacalnie zapoznała się z terminem szybkiego lodu, czyli lodu świeżo wypolerowanego jak na mecz hokeja - jeździ się po nim szybciej ale i łatwiej niestety o upadek i nie do końca jej to pasowało. Mimo wszystko pojeździła do zmęczenia a Jej widok podczas aktywności fizycznej i zadowolenie z niej, niemal rekompensują mi moją niepełnosprawność choć wiadomo nie w pełni i chciałbym aby było inaczej - jest jednak jak jest i jestem dumny z możliwość pokazywania Jej z wózka, piękna świata ludzi zdrowych. Któregoś dnia rozmawiałem z Nią o byciu z kimś niepełnosprawnym, w sensie tworzenia związku osoby zdrowej z kimś np. takim jak ja. Powiedziała mi, że wolałaby ożenić się z kimś pełnosprawnym ale jak cytuje: zdarzy się inaczej to tragedii nie będzie (uśmiechnęła się wówczas bo to tekst z filmu i wiedziała, że ja wiem - kocham te chwilę gdy wiem, że Ona wie i odwrotnie). Odpowiedziałem Jej, że ma rację i że ja również wolałbym aby miała zdrowego męża bo jest lżej ale zdrowie nie jest wyznacznikiem osiągnięcia szczęścia w małżeństwie.


  W niedziele wybraliśmy się do Stargardu, do tamtejszego centrum nauki dla dzieci i młodzieży - miejsce mniej popularne i mniej oblegane, a co za tym idzie tańsze - co nie jest bez znaczenia. Na miejscu okazało się, że mniejszy ruch sprawia, że personel staje na głowie aby zadowolić odwiedzających: wszyscy bardzo mili, pomocni i zaangażowani. Na kolejnych piętrach Klaudia i Aśka mogły się bawić, wydurniać i jednocześnie uczyć. Zainteresowanie Klaudii właściwościami wody, rozwiązaniami ze średniowiecza czy też nowymi technologiami, również bardzo mnie cieszy. Po pierwsze dlatego bo takie miejsca i zajęcia odbudowują w dzieciach to co niszczy Internet i ekrany. Rozwija a nie uwstecznia. Po drugie sam jestem osobą która lubi świat nauki - lubię szukać i wiedzieć, dlatego nie spotka się mnie oglądającego tictoc'a lub rolki z tzw. śmiesznym filmikami - nie śmieszą mnie a często są po prostu żenujące. W centrum tym dziewczyny pokrzyczały sobie w komorze służącej do pomiaru hałasu, nadawały wiadomości szyfrem i drukował na drukarce 3D. Serce roście mogąc zabrać Klaudii na takie atrakcję. Oczywiście zanim tam pojechaliśmy, z rana udaliśmy się do kościoła na msze dla dzieci komunijnych a po niej zawsze gorący rosół.
       Poniedziałek postanowiliśmy posiedzieć w domu gdyż taka zwyczajność to coś czego dzieci jak Klaudia i rodzice jak ja, mają ogromny deficyt. To jednocześnie coś czego moim zdaniem chyba najbardziej nie doceniają rodzice mający na co dzień dziecko przy sobie. Codzienność jest świetna tzn. może taka właśnie być jeśli ktoś potrafi cieszyć się z rzeczy małych. Wiem, że to mocno wyświechtane hasło ale większość ludzi mimo wiedzy o tym, w praktyce ma problem. Pomocne przy tym i warto od tego zacząć na drodze swoistego docenienia tego co się ma, jest na początek zastąpienie wszystkich "ale" słowem "więc". Codzienność to latanie Klaudii w szlafroku Kasi, wspólne mycie zębów, oglądanie tv, wyklejanie, rysowanie, rozmawianie i lenienie się. To właśnie wtedy odczuwam pozory możliwości nieliczenia czasu. Jeśli rodzic tego nie docenia, nie widzi wartości a jedynie udaje, to rodzi się próżność a z niej pycha.
      We wtorek poszliśmy do od dawna obiecanego kina - dokładnie na drugą część Akademii Pana Kleksa i ponownie film ten okazał się świetną produkcją, tak stricte filmową jak i marketingową. Filmy Maciej Kawulskiego, bez względu na tematykę zawsze mają w sobie to coś i to coś niezmiennie jest tym, co lubię i co do mnie przemawia. Młodzież ogląda teraz zazwyczaj krótkie filmy i ma problem z utrzymaniem koncentracji na dłuższym przekazie a tu dodatkowo film bazujący właściwie na innej epoce bo saga Kleksa to bardziej mojego pokolenia a nie z pokolenia mojej córki i Jej podobnych. Mimo wszystko film wciąga tak moje jak i Jej pokolenie plus świetny, bardzo ważny przekaz: Internet i ekrany zabijają ludzką wyobraźnie, szczególnie u dzieci.
        Kolejnym dniem była środa - pojechaliśmy do dziadków / moich rodziców, świętować ich święto a więc torcik, rysunek wykonany przez Klaudię i drobny upominek. Dziewczyny poprzewracały trochę dom babci i wybrały się same do lokalnego sklepu i na plac zabaw. Wróciliśmy na wieczór w sumie prosto do łóżek ale nie obyło się oczywiście bez łóżkowego objadania - mojemu małemu chudzielcowi dodatkowe kalorie (nawet te puste) nie zaszkodzą). 
        Dzień później Klaudia chciała pójść nocować do Asi i świeżo zakupiony chomik zdecydowanie się przyłożył do tej decyzji, jednak udane nocowanie pokrzyżowało zdrowie Aśki - poczuła się źle więc Klaudia wróciła i piątek spędziliśmy już w domu. W Wigilię dostała świetny zestaw do robienia świec - profesjonalny i na prawdę fajny. Podobnie bowiem jak ja, Klaudia lubi wszystko co ładnie pachnie i co jest eleganckie. Gdy jestem z Nią w perfumerii, Katarzyna zawsze się śmieje, że cytuje nie trzeba robić testów DNA. Dzień później już odbierała Ją mama i w takie dni pryska iluzja tego, że czasem nie muszę liczyć czasu - niestety zawsze muszę... najpierw liczę dni od jednego do drugiego weekendu, od jednych ferii i wakacji do drugich - bez końca... a zazwyczaj od piątku do niedzieli (3 dni) a i tak dla mojej byłej żony to zbyt dużo tyle, że co ona może wiedzieć o tęsknocie? Tyle co ja o fizyce molekularnej.


   Na koniec napisze jeszcze i sytuacji tuż przed feriami i tuż przed odbiorem Klaudii przez Jej mamę ode mnie - niestety obie te sytuacje zaburzają sielankowy obraz czasu spędzonego z córką. Tuż przed feriami, podczas rozmowy telefonicznej, Klaudia zapytała mnie czy zamiast jednego tygodnia może być u nas aż dwa z warunkiem, że nie tylko po Nią przyjadę lecz także odwiozę - oczywiście nigdy nic od tak, niezmiennie nic za darmo ale Jej mamie trudno jest odwyknąć od kupczenia własnym dzieckiem - w końcu czyni to od samego początku czyli od końca naszego związku. Mimo tej świadomości zgodziłem się i jednocześnie napisałem w tej sprawie do byłej żony... i uwaga: odmówił podając jakieś logiczne jedynie dla niej powodu. W trakcie rozmowy z Klaudia, ex słyszała o planach wyjścia na łyżwy więc na szybko zaczęła szukać jakiejś półkolonii związanej z łyżwami jednak wiadomo, że na ostatnią chwilę zazwyczaj się nie da. Zapisała więc Klaudię na to co było wolne lecz cel został osiągnięty: tydzień mniej u ojca. O dziwo jednak ex zaproponowała odbiór Klaudii nie w sobotę jak wskazano w postanowieniu sądu a w piątek czyli dzień wcześniej. Oznaczało to 1 dzień więcej w ferie a takie prezenty nie mogą być przypadkowe - jak się później okazało nie były i tym razem. Zgodziłem się choć już wówczas powiedziałem do Kasi: ona coś chce, nie od razu ale zobaczysz, że powie, iż chce odebrać Klaudie szybciej.


  Tak też się stało, tak też było - z jednej strony dobrze wypracować w sobie takie wyczucie intencji drugiej osoby, ale z drugiej jest to smutne, że rozczarowanie w związku z pomyłką nie nadchodzi. Po cichu bowiem człowiek często liczy na to, że zdarzy się coś mało prawdopodobnego, liczy na to choć ma świadomość niewielkiej realności. Oczywiście jakoś koło czwartku mama Klaudii napisała w sprawie jaką niestety przewidziałem - argumentując, że potrzeba odbioru Klaudii od nas 2 godz. szybciej wynika z tego, iż chce z Nią szybciej wrócić do siebie. Zatem na pierwszym planie umieszczono dobro dziecka, możliwość zniwelowania dyskomfortu podróży etc. Wszystko logiczne i takie... właściwe a więc zupełnie nie w stylu mojej byłej żony - to ją zdradziło.
     Odmówiłem jednak zupełnie nie dlatego bo na tamtą chwilę była to jedynie moja intuicja - nigdy bowiem gdy ex prosiła o szybszy odbiór Klaudii uzasadniając to szybszym powrotem, nie wracała wcale szybciej z Nią do siebie. Nigdy. Odmówiłem ponieważ mieliśmy zaplanowane pójście na lodowisko i mimo podejrzeń był to powód prawdziwy, W piątek dowiedziałem się od jej brata, że w dniu proponowanego szybszego odbioru, moja była teściowa ma urodziny - układanka sama szybciutko się ułożyła o co tak na prawdę chodziło: miało być tak jak zawsze czyli wytarcie się dobrem dziecka dla którego dobrze wie, że zrobię wszystko, a następnie realizowanie własnych planów. Potwierdzeniem tych zamiarów i fałszu szybszego odwozu córki, ostatecznie były same słowa ex i bijące od niej podniecenie z faktu, że jedzie do swojej mamy - tego nie potrafi nigdy ukryć ale poziom tej ekscytacji w takich sytuacjach jest wręcz jakiś dziwny, niezdrowy. Ostatecznie złapana na kłamstwie odparła, że jej plany nie powinny mnie interesować (pomijając tym samym zupełnie fakt, że nie o moje zainteresowanie jej planami chodzi, a kłamstwo najgorszego typu bo maskowanego rzekomo dobrem dziecka). Wystarczyło napisać prawdę - wówczas spytał bym Klaudię czy chce jechać bo kto jak nie Ona jest w tym wszystkim najważniejsza?

Na koniec pewien ciekawy film: https://www.facebook.com/reel/956774532502051 


 

sobota, 28 grudnia 2024

Szybsza Wigilia i lodowisko


 Od dawna wiedziałem, że w tym roku córka w Boże Narodzenie będzie u mamy - tak rozpisał to sąd i choć uważam, że święta na zmianę w obliczu gdy na co dzień nie mam dziecka przy sobie, są jedynie pozornie sprawiedliwym rozwiązaniem, to jednak jest jak jest (nie jak musi być). Była żona spędza bowiem nieporównywalnie więcej czasu z Klaudią niż ja więc o jakim równym podziale mówimy (?). Wyrok jest jednak wyrokiem. Myśl o świętach osobno więc mnie męczyła ale dało się to przetrwać - zawsze będę powtarzał, że najważniejsi są ludzie wokół nas i tak było i w te święta. Wyjątkowo w tym roku, Wigilię obchodziliśmy nie 24 w 21 grudnia i nie mam tu na myśli jakiejś małej kolacji, namiastki kolacji wigilijnej (choć i to byłoby świetne), lecz niejako pełnowymiarową a więc kolację świąteczną w pełnym składzie - tak osobowym jak i w zakresie potraw i atmosfery. Wszyscy wiedzieli, że w tym roku nie mam Klaudii na święta i, że z tego powodu nie będą to dla mnie prawdziwe święta, dlatego rodzina skrzyknęła się i nikt nie miał problemu z Wigilią we wcześniejszym terminie. Klaudia pewnie jeszcze do końca nie ma świadomości jakim determinantem zdarzeń bywa i jak bardzo wszyscy są za Nią. Ja tą świadomość mam a w córce będzie to kiełkować i ma również treść bloga - pozwoli Jej przypomnieć fakty jakie u każdego z nas, w mniejszym bądź większym stopniu zaciera czas. Blog pomoże Jej także połączyć różne fakty, dodać przysłowiowe dwa do dwóch - zwłaszcza tam gdzie nawet za kilka lat pewne kwestie będą dla Niej zawiłe.
       W tym co i jak się wydarzyło, ogromna zasługa należy się Mojej Katarzynie - Ona wie zawsze co jest dla mnie ważne i dlaczego a gdy połączy się to z tym, że kocha Klaudię jak swoje dziecko, to powstaje prawdziwa magia świąt. Nie taka jak na butelkach coca-coli lecz taka która jest w stanie zmienić dzień Wigilii i myślę, że Ten tam na górze nie ma nam za złe - przeciwnie. Spędzenie z córką mimo wszystko prawdziwej Wigilii jest ważne również ze względu na to aby uczyć Ją tradycji - tego co przekaże Ona swoim dzieciom a Jej dzieci swoim czyli Jej wnukom. To ważniejsze niż może się wydawać i z każdym kolejnym rokiem wszechogarniającej niepamięci większości ludzi, będzie odróżniać Klaudię od innych - wierze w to i dlatego staram się Jej pokazywać jak powinny wyglądać święta (zwłaszcza Wigilia): bez kłótni, bez patologii, bez podniesionych głosów (chyba, że w związku ze śpiewaniem kolędy). Kolację poprzedziło robienie pierników, ubieranie choinki u dziadków, strojenie domu, przygotowanie stołów i ogólne "pomaganie cioci" - choć gdy Klaudia spotyka się z Kasi chrześnicą, wszystkie realne rzeczy odchodzą w niebyt:-)

Poniżej moja ulubiona świąteczna piosenka - dzwoneczki reniferów wiecznie żywe jak dla mnie:



Źródło: Mariah Carey - all i want for christmas.

Staram się w tym wszystkim pozostawać kluczową przeciwwagą - niezbędną aby córka ze świąt wyciągała dobre wnioski i dobre nawyki. Nie potrafię inaczej bo wciąż pamiętam jak Jej mamie tego ducha świąt brakowało i jak przerażająco łatwo był on zastępowany skłonnością do torpedowania nastroju innych - bez względu na ich wiarę i przekonania. Spędziliśmy więc Wigilię w spokoju, szacunku, cieple i w podniosłej atmosferze. Szkoda jednak, że mam tak mało czasu z Klaudią i grudzień to brutalnie obnażył. To miesiąc specyficzny i wyjątkowy w kwestii kształtowania w dziecku duchowości - zwłaszcza w obliczu nadchodzącej Pierwszej Komunii Świętej. W całej Polsce  w tym czasie organizowane są roraty (które sam bardzo dobrze wspominam ze swojego dzieciństwa) i zapytałem byłą żonę o uczestnictwo w nich Klaudii. Odpowiedziała niestety w sposób dla niej charakterystyczny: krzyk, litania zarzutów o to jakim złym ojcem jestem etc. W skrócie: Klaudia na roraty nie chodzi. Jedyne więc co mogę w mojej sytuacji nazwijmy to sądowo-prawnej, to chodzenie z córką do kościoła w każdą niedzielę gdy jest u mnie. Idziemy wspólnie i samo to już jest ważne. Staram się w Niej zaszczepić nie tyle kościelność, co duchowość bo jedynie wiara odróżnia człowieka od zwierząt.
       Grudzień to jednak nie tylko święta i religia. Choć w kwestii śniegu a co za tym idzie sanek i zabawy Zima w tym roku nie dopisała, to udało się zapoznać córkę z jazdą na łyżwach - przyszło Jej to z łatwością bowiem od dawna jeździ na rolkach. Mimo wszystko było to dla Niej nowym wymiarem jazdy i bardzo się Jej spodobało. Miasto i życie w nim oferuje możliwości dzięki którym wbrew pogodzie, można się właśnie tak bawić - zwłaszcza, że świetne lodowisko mamy niemal pod nosem. Uwielbiam patrzeć na córkę w ruchu - silną, szybką, sprawną... w zdrowiu - niewiele osób zrozumie o czym mówię / piszę. Jej chory ojciec pokaże Jej jeszcze wiele zdrowego świata. Przed nami wszystkimi w grudniu pozostał jeszcze Sylwester - podobnie jak w Boże Narodzenie, tak i w ten dzień córka będzie u mamy a nie u mnie - dam rade, Klaudia da rade, wszyscy damy. 

piątek, 13 grudnia 2024

"To wszystko miało miejsce" - Rozdział IV. Bezsenne noce


 Kolejny, czwarty już rozdział książki / nie książki, napisanej lecz nie wydanej... trochę ostatnio się zmieniło w kwestii aktywności zawodowej więc może zmieni się i to jedno z marzeń a może przy okazji coś dobrego z tego wyjdzie). Czasem w życiu jest tak, że gdy jedne drogi się zamykają, inne zazwyczaj otwierają się. Niniejszy post stanowi dodany bez jakichkolwiek zmian rozdział moich ówczesnych przemyśleń (wraz z oryginalną grafiką). Jak zawsze - proszę o wyrozumiałość w kwestii poziomu pisarskiego - miałem wówczas jakieś 15 lat mniej i jeszcze więcej braków w doświadczeniu. 

„Kiedy słońce wstaje ja też wstaje. Kiedy księżyc wstaje ja tu żyje dalej.”

    Bezsenność- zaburzenie snu, utrudnione zasypianie lub trwałe przedwczesne budzenie się. Spowodowane u różnych osób, w różnym wieku lub sytuacji, z różnych przyczyn. Do najczęstszych przyczyn należą zaburzenia hormonalne, stres lub substancje chemiczne leków lub środków psychotropowych. Długotrwała powoduje osłabienie sił witalnych organizmu (spadek odporności organizmu, złe samopoczucie), kłopoty z koncentracją (wydłużony czas reakcji, problemy z uczeniem się i pamięcią), zmęczenie fizyczne (często spadek wagi, drżenie mięśni, podwyższone ciśnienie) i powinna być leczona specjalistycznie w zależności od podłoża jej powstania. Negowanie i lekceważenie bezsenności, jest jedną z głównych przyczyn trudności zapobiegania i jej daleko idących negatywnych skutków. Bezsenność należy do jednej z najpopularniejszych chorób XXI wieku... (jedna z wielu słownikowych definicji bezsenności).
     Poznacie teraz moją własną jej definicję.. nawet gwiazdy płaczą, gdy ktoś płacze w nocy i nawet gwiazdy cieszą się gdy, gdy ktoś w nocy jest szczęśliwy.

„Czasem jutro nas zalewa łzami, a miało być gładkie jak aksamit- niesmak... można zabić.” <=

Mówi się, że spać to być w objęciach Orfeusza, jakkolwiek klasycznie i wyszukanie nawiązuje to do literatury i sztuki, myśląc o samym sobie,  nigdy mi nie odpowiadało to określenie. Dlaczego miał bym chcieć być w objęciach kogokolwiek o męsko brzmiącym imieniu? Zwłaszcza w nocy. Od razu widzę greckiego blondyna o niebieskich (nie tak pięknych jak bym chciał) oczach i długich kręconych (nie tak mało męskich jak bym chciał) włosach, który chce mnie przytulać (nie tak jak bym chciał). Trochę to chore jak dla mnie. To dziwne a wręcz zabawne odczucie, jakiego doświadczałem na nie jednej lekcji Języka Polskiego przerabiając mitologie, lub za każdym razem słysząc te wyrażenie z ust kogoś obok. Jestem trochę wariatem w patrzeniu na szczegóły lub traktowaniu czegoś, aż nazbyt dosłownie ale nie potrafiłem pisząc o bezsenności nie wspomnieć o Orfeuszu, a raczej o swojej homoseksualnej teorii co do wyrażenia o jego objęciach.
     Ludzie których poetycko poprzez sen, podzielić można na typy osobowości i zachowania, dzielą się na tych którzy nigdy nie zasypiają i tych którzy nigdy się nie budzą. Sam na sam z nocą. Tym pierwszym coś w ich życiu lub głęboko w nich samych nie pozwala usnąć. Tym drugim coś w ich życiu lub głęboko w nich samych nie pozwala zasnąć. Jesteśmy nieszczęśliwi zawsze tak naprawdę tylko z dwóch powodów: niemocy posiadanie czegoś albo ponieważ to posiadamy. Oddech z nocą gdy wszyscy już spali, dzielili filozofowie i poeci, nie spali bohaterowie i zbrodniarze, generałowie i politycy, bogaci i biedni... obiektywnie różni, z tak subiektywnych powodów... nie spali. 
     Bezsenne noce czynimy sami sobie lub to one czynią się same naszymi, wpisując się w życiorys jak najgłupsza rzecz jaką zrobiliśmy i której cofnąć już nie potrafimy. Dziś nie wiem co jest trudniejsze, walczyć ze snem gdy chcemy nocy ukraść trochę dnia, czy walczyć by zasnąć i za krótką noc uczynić znośnie dłuższą aby wypocząć, gdy dzień z różnych powodów, nie pozwolił nam na to. Czasem robiłem wszystko uznając sen za najgorszy pomysł w danej chwili. Mógł on zabrać mi czas, którego ani odrobinę oddać nie mogłem lub też nie chciałem... nie potrafiłem. Było wiele powodów: książka na kolanach przed maturą w liceum lub kolokwium na studiach gdy każda minuta przybliża nieubłaganie do nieuniknionego pozwalając się jednak jeszcze czegoś douczyć. Powodem bywała także ukochana osoba w łóżku którą nie śpiąc można się bardziej nacieszyć nawet gdy ta już śpi, lub podczas długiej podróży gdy nie chcemy aby nic nas ominęło. 
     Wtedy właśnie brak snu jest zbawienny, jednak nie zawsze taki jest... Przestaje być zbawienny, gdy staje się jak chochlik nie pozwalający zasnąć gdy rano wcześnie trzeba wstać albo jest jak demon, duszący nocami kolejnymi pod rząd a brak snu przestaje być już psikusem.  
     Pamiętam wiele nie przespanych nocy, takich których o odmienności od siebie, decydują powody, że oczy choć z piaskiem to spać nie chcą a puls w zmęczonym sercu nie uspokaja się, nie zwalnia... nie pozwala usnąć, choć ciało zmęczone. Brak snu podzielić można także pod względem tego jak on przebiega... czy nerwowo rzucamy się po łóżku, szukając w nim nie wiadomo czego pomimo, że znamy je całe i dokładnie... lub też takie kiedy leżymy spokojnie spoglądając w mroku na zegarek a czas ciągnie się jak wieczność. 
     Ludzie często wyliczają sobie lub też innym, to jak wiele czasu z życia spędzili w śnie, spożytkowali na spaniu... z akcentowaniem zmarnowania tych w ciągu całego życia, zsumowanych w lata momentów, kiedy czas ucieka na zamkniętych oczach. Ja częściej myślę nad tym, ile lat nie przespałem... bo chyba w coś na wzór tego, ułożyły się te setki nocy spędzonych w sferze dalekiej od snu. Nadrabiałem to chyba spaniem na jawie, wyłączając się na świat w dowolnym czasie, miejscu lub momencie... nie dopuszczając do siebie nawet własnych myśli, nie mówiąc już o wpływie osób wokół. 
     Pamiętam siebie z kilku lat wstecz. Oparty plecami o boazerię siedząc na łóżku, jedynie z nogami przykrytymi kołdrą, przeważnie moją ulubioną, jedwabiście lekką, przywiezioną z Japonii gdzieś w latach których nie pamiętam lub pamiętam w niewystarczającym stopniu by o nich mówić. Często ze szklanką koka koli w ręku... z cytryną w środku, tak jak lubię. Z plasterkiem zaklinowanym o jej brzegi, wyżeranym przez tlenek węgla w napoju i brązowionym przez karmelowy jego składnik. Wtedy co łyk, język i wargi lekko cierpną, jak gdy pije się dobrej jakości herbatę, i sam smak w ustach pozostaje dłużej. Tak jak lubię. Chociaż to. Tak siedziałem godzinami, naświetlając się promieniowaniem cicho buczącego od zawsze tak samo telewizora w swoim pokoju na górze... prawe okno na szczycie domu, patrząc od przystanku. Tam gdzie żaluzje pozostają zasłonięte najdłużej. Gdy kończy się... program w telewizji, człowiek ma czas na wiele rzeczy, w tym także na przemyślenia. Wiedziałem wtedy, że co dziś szepcze, jutro (kiedyś) wykrzyczę. 
     Zawsze na emocję reagowałem niespaniem... a, że emocji w moim życiu było czasem aż nazbyt wiele, dużo też było takich nocy... kiedy nie spałem a myśli mieszały się z rzeczywistością. Tak było wtedy gdy starano się o wózek dla mnie. Dziś wspominając to wszystko, nie widzę w tym nic złego, nic co powinno wywołać emocję nie pozwalające usnąć. Nie obwiniam jednak samego siebie, nie oceniam źle bo chyba pomimo lat, a minęło ich od tamtej pory już z dziesięć, rozumiem siebie może nawet bardziej niż w tamtych chwilach. Dlaczego właśnie tak? Ponieważ miałem jakieś dwanaście lat i bałem się, że dzieje się coś co odmieni moje i tak już inne życie, nie tak jak bym tego chciał. Rodzice i znajomi, rozumiejący chyba więcej lub po prostu w jakiś inny sposób, starali się załatwić mi inny wózek. Już nie przypominający duży dziecięcy lecz poważny, dorosły... dla dorosłej osoby... dla chorej osoby. Nie chciałem wtedy słuchać, że będzie on moimi nogami... widziałem w nim jedynie ostateczne przypisanie mnie do własnej choroby do jakiejś grupy ludzi, do której chcąc nie chcąc należałem, ale poznać bliżej nie chciałem. Mając dwanaście lat lub coś koło tego, poczułem się blado jak nigdy na tle i tak w moich oczach wypadających lepiej... Nocami czekałem jak na wyrok. To była jedna z tych bezsenności spowodowanych stresem, spowodowanych niedaleką przyszłością posiadania czegoś, taka która sprawia, że rzucamy się po łóżku poznając każdy jego cm aż za dobrze, w ciemnym pokoju czterech ścian które wiedzą o nas zbyt dużo. Minęło dużo czasu i dużo godzin nie spałem tamtej zimy... musząc wstawać i tak codziennie do szkoły i z nikim głębiej się tym nie dzieląc oprócz nie ukrywanej niechęci co do takiego właśnie wózka. Postrzegana była jako niechęć do nowości a ja pozwalałem by tak to wyglądało, przeżywając to wszystko tak subiektywnie, że nie widziałem możliwości podzielenia się tym z kimkolwiek. Tak właśnie było gdy nocami leżąc w łóżku, myśli łącząc wzory na tapecie wyglądającej jak poligon gry świateł i cieni, rysując na ścianach twarze i napisy. Dziś wiem, że nieuniknione i znienawidzone wtedy, okazało się lepsze i bardziej przydatne w życiu nastolatka niż myślałem. Kółka faktycznie stały się nogami w stopniu czasem tak znaczącym, że naprawdę pozwalającym na rzeczy dotąd nieosiągalne i pożądane... zwłaszcza w aspektach codziennego życia, jak i postrzegania przez innych a co najważniejsze, także w życiu towarzyskim, które wózek niby miał wtedy całkowicie zniszczyć. Później jednak w życiu myliłem się już rzadziej... rzadziej się więc mile rozczarowując. W końcu jednak zasnąłem... 
     Nie zawsze jednak bezsenność w moim życiu okazywała coś złego, nie raz po prostu była... jakby konsekwencją czegoś lub własnym wyborem, takim właśnie a nie innym. To było trzy lub cztery lata po tym jak już śmigałem na dwukołówce. Okres tej bezsenności nazywam raczej po prostu niespaniem, ponieważ ze wszystkich męczył prawie najmniej. To było wtedy, kiedy zacząłem świat i jego już powoli zauważane odmienne od moich sprawy, zapijać nocami koka kolą z cytryną, siedząc oparty plecami o wcale nie zimną ścianę... tak minęła pamiętam końcówka wiosny i całe lato, nie wysysając ze mnie tak wielu sił, jakby się mogło wydawać. To był czas „Różowej Landrynki” na Polsacie i „Strefy Mroku” na TVP1 oglądanych jak "najuniwersalnie" jednocześnie, mając do perfekcji opanowane skakanie po kanałach, guzikami pilota doskonale rozpoznawanego nawet w ciemności. Od tamtych seansów dostawałem całkowicie świra, chcąc kroić ludzi i widząc w każdej koleżance obiekt seksualny, do tego stopnia, że aż sam się przeraziłem... a nie zdarza mi się często bać czegokolwiek a tym bardziej samego siebie. Nie zdarzało mi się to często wtedy i nie zdarza często teraz. Zrozumiałem tamtego czasu, jak podobne rzeczy wkręcają się w głowę kipiącego od hormonów nastolatka... w godzinach późno nocnych lub jak kto woli wczesno rannych. Tak było weekendami. W tygodniu czekając na obraz kontrolny po zakończeniu emisji programu na danych kanale, czekałem już na kolejny weekend gdy emisja jest pseudo ciekawsza i trwa dłużej. Czułem, że krótki sen i stale oglądane sceny orgii i rzeźni wypaczają mi umysł, tak grzeczny i poukładany... Sam sobie wszystko to ograniczyłem i choć dziś się z tego śmieje a tamten okres bezsenności wspominam raczej pozytywnie, to nauczyłem się, że jeśli będę mieć własne dzieci, mogą one nie mieć wystarczająco dużo samo zaparcia i spoglądania w głąb samych siebie, aby być w stanie postąpić jak ja wtedy i nie stać się maniakami seksualnymi ze skłonnościami do przemocy fizycznej i psychicznej. Zanim bym się obejrzał, dmuchały by słomką żaby, bawiły się nożem i łapały inne dzieci w nieprzyzwoite miejsca.  W końcu jednak zasnąłem...
     Obudziłem się po tym wszystkim, nie jako w czwartej klasie a raczej w momencie ukończenia jej. Obudziłem się i kolejny raz nie mogłem zasnąć. Całodniowe przekonanie i przemyślenia, dawały o sobie znać nocami, że coś co kocham, coś czego jestem i dalej chcę być, właśnie się kończy... w imię pieniędzy i niewiary w siebie. To już okres raczej nie niespania lecz brutalnej cichej i wszech ogarniającej bezsenności, wymieszanej obrazami popkultury i zmieniającej nagle choć spodziewanie rzeczywistości. Kolejne noce upływały mi na patrzeniu na skaczący, elektronicznie zielony equalizer wierzy w moim pokoju, grającej cicho lecz nie wyłączanej nigdy. Leżałem sobie tak co noc, na swoim tapczanie dziwiącym wszystkich swoją niskością i wygodą. W pokoju i w spokoju, bez podróżowania po kołdrze i gdziekolwiek indziej. Przeraziło mnie wtedy jak wiele w moim życiu, właśnie się kończy lub już skończyło i jak nie wiele jestem w stanie zacząć... z braku papierków z Polskimi królami i z braku wiary w siebie. Nie wiem już sam brak czego doskwierał mi tamtego czerwca bardziej. Z dniem końca roku i zostawienia sobie bródki, skończyło się coś co trwało cztery lata- liceum, okres w którym nie trzeba było się nad niczym zastanawiać ani szukać miejsca które się już miało. Poczułem stratę jednocześnie małej blondyneczki której twarz z lizakiem odebrała mi klasę i utratę wielu przyjaciół których tak naprawdę wcale nie straciłem albo jeszcze nie teraz... ale wiedzę tą, mam dopiero teraz. Z przyczyn obiektywnych, to znaczy finansowych i subiektywnych, to znaczy z powodu niewiary, że jestem w stanie i ,że ma to sens... nie poszedłem na studia ze świadectwem maturalnym o średniej 4.75. Tak wyszło... Od tamtej pory, noce na długo choć nie na zawsze, stały się puste i nie bez snów których nie pamiętamy bo budząc się spojrzeliśmy w jasne okno, lecz bez snów których po prostu nie było, nie były wcale śnione, jakby skończyły się na nie chęci i pomysły. Kolejny raz nie spałem, chcąc może wymyślić jakieś rozwiązanie, jakiś pomysł na życie lub dlatego, ponieważ tego rozwiązania i pomysłu co dalej, nagle zabrakło. Myślałem nie śpiąc o tym, jak wiele rzeczy robiłem bez sensu a nawet jeśli z sensem, to i tak się to wszystko skończyło. Minęły dwa lata, podczas których już spałem a zatoczyłem krąg i osiągnąłem wszystko to, czego niemożliwości nie pozwalały wtedy zasnąć i pokonałem zrozumieniem to z czym walczyłem czerwcowymi nocami. Nie wiem czy z czasem o tym wszystkim zapomniałem czy jedynie się przyzwyczaiłem ale... W końcu jednak zasnąłem...
     Bezsenność nie rzadko bywa zbawieniem, kiedy pragnie się obejrzeć wschód słońca jak najpóźniej a księżyc towarzyszy nam w chwilach rytmu czasu o nieskończoności którego marzymy. Gdzieś gdzie szyjka butelki muska lub z czasem trąca brzeg kieliszka, gdy muzyka zakłóca myśli a promile zmiękczają nawet kamienne serca. Melanż, balet, czilaut... nie ważne jak gdzie lecz z kim, byle popłynąć ze wszystkim z czym popłynąć chcemy, utopić wszystko o czym pamiętać nie chcemy... byle zgubić gdzieś świat i to co w nas najgorsze, i powiedzieć samemu sobie, że szybkość i intensywność życia, decyduje o jego szczęśliwości. Zmrużyć oczy w światłach kolorofonów, w spazmach stroboskopów i ze sztuczną parą głęboko w płucach. Trzymając ręce w wymachu nad głową, w błyskach srebrnej bransoletki na prawej ręce i nie mocy zadzwonienia po transport do domu, mówiłem sobie w myślach, że... jestem szczęśliwy. Choć głośna muzyka mózg cięła jak brzytwa pozostając w nim na długo po jej ściszeniu. Wszystko po to, aby leżąc na drugi dzień rano w łóżku lub siedząc dochodząc do siebie nad jeziorem, powiedzieć sobie coś z książkowych motywów o nie zmarnowaniu młodości, coś ze słów brata, że trzeba się bawić lub słów matki, że całe noce nas nie ma a dom traktujemy ja hotel. Potem tylko podsumować całość kiwaniem głową i szyderczym uśmiechem do samego siebie. W życiu chyba każdy przynajmniej raz to czuł, raz tego chciał. Przynajmniej raz stał się wampirem w ustach którego krwią był alkohol a życie napełnione zostało nowymi urokami kosztem starych, czasem kosztem odbicia w lustrze a czasem... tak w raz z otwarciem sezonu mojego licealnego miasta, pamiętam siebie patrzącego się w rozświetlone fajerwerkami upite niebo, na pomoście wraz z setką dzielących się tym samym ludzi. Tak pijany, tak ognie przyćmiły się własnym dymem lub tak wielu ludzi wtedy było wokół. Powroty do domu w zapachu palonego tytoniu osiadłego na ubraniu wraz z poranną rosą, towarzyszyły mi wiele razy. Kac leczony świeżym wiatrem i alkoholem, nie pozwalał tak do końca wytrzeźwieć niekiedy kilka dni. Czasem płytkość życia powoduje, że jesteśmy na moment w stanie zapomnieć o nie osiągalnej głębokiej jego przeżycia. Trzeba być w stanie tylko nie zasnąć lub nigdy się nie obudzić. Za wszelką cenę nie chciałem wtedy spać... a jeśli nawet bym zasnął, to bym zasnął w tym wszystkim i spał jak najdłużej. A gdy już leżąc w łóżku chciałem zasnąć, chciałem nie chcieć nie spać, chociaż by dlatego, aby zebrać siły na powtórkę, to rozkołysanie w głowie i bas w żołądku, nie pozwalały na to. Mówiłem sobie wtedy: nigdy dość nie mów! Tak można nie spać wiele nocy, nie koniecznie pod rząd, jednak czas określi je prędzej czy później bezsennością. Z alkoholem w szkle krzywiłem postrzeganie wszystkiego wokół by wyprostować rzeczywistość. W końcu jednak zasnąłem...
Gdy już przestałem być wampirem, sam z siebie wysysającym życie, poznałem następną formę, rodzaj bezsenności. Daleką od fruwania z nietoperzami, będącą połączeniem tej, kiedy nie chcemy nigdy zasnąć z tą gdy nie potrafimy, nie możemy, nie powinniśmy... W ciągu całego życia, nie spałem niemal, że cyklicznie, terminowo... zawsze jednak z powodu różnego rodzaju emocji. Z powodu ich natężenia i intensywności lub też całkowitego, przeszywającego ich braku. Tak było i tym razem, w czasach gdy od końca liceum minął prawie rok a tym samych, rok prawie od poprzedniej bezsenności. Dziwne... bo byłem wtedy chyba szczęśliwy jak nigdy dotąd. Dlaczego więc nie spałem, męcząc oczy ciemnią nieruchomego pokoju, torturując własny organizm niekiedy błagający wręcz o sen... dlaczego? Bo obok spała ukochana osoba a słowa: nigdy, zawsze i na zawsze, złudnie pierwszy raz nabrały znaczenie jakie powinny mieć zawsze. Takiego jak dla ludzi, którzy nie liczą czasu. Nie fruwałem tamtej wiosny z nietoperzami, choć noce były równie ciemne, równie mocno piekły oczy od braku światła na ich siatkówkach... to jednak wszystko było inne, lepsze a poprzez walkę ze snem, walczyłem o każdy sekundę tego dłużej. Napatrzałem się na błękit jedwabiu i bladość skóry udając, że śpię, udając zwyczajność, udając dla spokoju kogoś obok, nie dla samego siebie. Gdy najgłośniejszą nutą był już śpiący oddech obok, miałem dużo czasu do myślenia. Zrozumiałem jak wczoraj może różne być od dziś i jak dziś, różne może być od jutra. Odczułem jak moment potrafi zmienić człowieka. Kiedyś określany w liceum skurwielem... dziś nie wiedziałem kim już jestem, wiedziałem tylko, że kimś lepszym. Kimś słabszym ale mającym swoje miejsce... tu, tej nocy, w tym łóżku, w domu gdzie wszyscy śpią a ciszą można narysować nowe niesamowite rzeczy. Nawet teraz, po zdefiniowaniu tego wszystkiego przez nieubłagalnie spieszący się czas, psychodeliczne myśli, skamieniałe serce, po odrzuceniu swego rodzaju tęsknoty za tym, mącącej prawdziwe wnioski, jestem dumny z pewności, że tamtych chwil, w konkretnie tamtym momencie, nic i nikt nie był w stanie zniszczyć. To była najpiękniejsza bezsenność w moim życiu.  W końcu jednak zasnąłem...
      Obudzenie się z pięknego snu, nigdy nie należy do przyjemności a jak bardzo może być złe, nie do przyjęcia i łamiące człowieka... przekonałem się dużo później, niż gdy poznałem pierwsze rajskie sny o tym czego się nie ma. Choć już lata temu, czasem śniłem o lataniu, pięknych kobietach, bogactwie lub po prostu szczęściu z powodów różnie różnych to, to przebudzenie należało do najgorszych a bezsenności w jaką mnie wtrąciło, należały do najgorszych, najrealniejszych, najdłuższych... Wtedy właśnie chciałem wierzyć, chyba jak jeszcze nigdy, że człowiek nie jest taki, jak ostatnia rozmowa z nim. Nie spałem ponieważ zarówno w moim życiu, jak i snach, zabrakło osoby z którą dotąd je dzieliłem. Dziwne, choć może trafniej nazwać trzeba smutnym fakt, że można nie chcieć spać a potem nie być w stanie, z tego samego powodu. W tym przypadku była nim miłość tyle, że raz chęć jej trwania a raz z powodu jej końca. Jakkolwiek pewien jestem, że jest to przeszłość, to nie spałem wtedy prawie cztery dni z rzędu, nawet przez minutę. Każdej nocy ciało cierpło w bezruchu i bolało jak stłuczone gdyż podczas snu, brak ruchu znosi lepiej. Plecy bolały tak bardzo, że trudno było rano wstać. Poranki w sensie pobudki a przynajmniej oficjalnego nie spania, zaczynały się wcześnie jak nigdy od czasów wstawania na ryby. Czwarta, piąta rano... bo można już włączyć telewizor lub chociaż nie patrzeć w ciemnie pokoju lecz światła słonecznego za oknem. Od siódmej można było nasłuchiwać, mieć nadzieje, że ktoś już wstał... co by dało upragniony od wielu godzin i mnożony kolejnymi dniami, komfort odezwania się do kogoś a przynajmniej z realną szansą, że ktoś odpowie bo w bezsenne noce, często mówi się zaskakująco dużo. Godzina dziewiąta była już rozkoszą: głosy ludzi za oknem, normalny program w telewizji i czasem już ktoś spał... co najważniejsze jednak, pora ta i niespanie, pozwalała zachować pozory normalności w oczach innych. Po dwóch dniach, oczy piekły mnie już nie tylko w nocy lecz też w ciągu dnia i wyglądały jak po spawaniu, a dłonie trzęsły się tak bardzo, że trudno było samemu jeść. Potem sen przyszedł sam, ale bliższy był omdleniu niż zaśnięciu. Nie spanie wydaje się łatwym sposobem na schudnięciem dla grubasów lub tych jedynie tak o sobie myślących.  Nie trudno zrozumieć, odczuć jak zbawienny wpływ dla ciała ale i duszy, ma sen... ta tak codzienna czynność, że aż niedoceniana. Zwykła ale niezbędna do życia. 
     Takim lub innym sposobem, z takich czy innych powodów, tak lub inaczej to przeżywając... nie spałem, tych chwil kilka w życiu. Na pewno każdy w swoim życiu zaznał bezsenności. Trudności w zasypianiu, nie moc pospania dłużej lub nie zmrużenia oczu. Gdy się nie śpi, noc daje nam wiele pretekstów... dała mi ich wiele. Choć czasem wycieńczała, pozwoliła przemyśleć mi wiele spraw, związanych z niespaniem lub też nie, ale zawsze pozostawała chwilą wyjątkową, w dobrym czy złym znaczeniu, lecz odmienna przy tym od wszystkiego innego. Pozwoliła między innymi, napisać mi to wszystko, zebrać myśli w całość, zastanowić się. Nawet teraz nie śpię, pisze... zapijając całość koka kolą z cytryną, nie wyciśniętą lecz z plasterkiem, zaklinowanym między... już o tym wspominałem. 
     Niekiedy noce były długie, jakby bez końca lub z końcem tak dalekim, że nie widać początku. Niekiedy za krótkie na cokolwiek, nie pozwalające się nacieszyć namiastką nawet przemijalnego szczęścia, więc za krótkie zawsze, bo nie trwające wiecznie. Czasem głośne, głośne w nas samych lub we wszystkim wokół a czasem przerażająco ciche, których rytm wyznaczały tykania zegarka... bywały upite do pozornej tylko nieprzytomności lub też trzeźwe do bólu, pozwalające poczuć i zrozumieć aż za wiele. Jedne udowadniały, że anioły istnieją a inne, że ich nie ma i nigdy nie było. Przy całej ich różności, mi jednak zawsze w głowie i sercu grała muzyka... nie opuszczająca mnie nigdy muzyka. Te wszystkie godziny, gdy czułem się jak owad, nocny motyl... dawały odczucie (i chyba tak było), że coś lub ktoś, brał moje ciało i duszę pod zastaw. 

Do dzisiejszego tekstu dołączam pewien kawałek: 


Jeśli zniknie źródło, to: Fenomen - Bezsenność.


 

 


sobota, 16 listopada 2024

11 listopada i sprawa sądowa o zmianę kontaktów


 Dzień przed moim ostatnim odbiorem córki i zabraniem do nas na weekend, miała ona występ w miejscowym centrum kultury - poprzedzał on 11 listopada czyli święto niepodległości. Odkąd pamiętam, wychowywano mnie w duchu polskości i patriotyzmu - szczególnie dbał o to mój brat i do dziś pozostały w nim silne wartości konserwatywne. Uczyłem się z nim o Polsce i o wojnach zanim jeszcze poszedłem do szkoły a potem już w niej, poszerzałem tę wiedzę - zawsze ze łzami w oczach czytając wiersze pokolenia Kolumbów. Chcę w takich właśnie wartościach wychowywać więc Klaudię, aby wiedziała skąd pochodzi i na czym polega patriotyzm - ten codzienny gdy pomaga się nieść zakupy staruszce na ulicy i ten gdy idzie się na wojnę. 
    Córce zależało abym uczestniczył w występie, słuchał i oglądał - jak inni rodzice tym bardziej, że wiedziała i  mi powiedziała, iż ani mama ani wujek nie przyjdą. Odpuściłem sobie jakiekolwiek wyjaśnienie Jej, że gdyby chcieli to przynajmniej jedno z nich przyszło bo przecież Jej mama tygodniami potrafiła od tak wyskoczyć z pracy w każdy piątek gdy przyjeżdżałem odebrać Ją z przedszkola - tylko po to aby ubiec mnie z odbiorem i uniemożliwić mi widywanie się córką. Na teraz taka brutalna wiedza nie jest Klaudii potrzebna a wręcz byłaby szkodliwa dla Jej psychiki - dowie się kiedyś sama, w odpowiednim wieku, po to z resztą jest ten blog. Jeśli tego rodzaju wydarzenia są bezpośrednio przed moim weekendem, to zawsze staram się w nich uczestniczyć ponieważ wówczas jest to jeden koszt i jeden trud organizacyjny. Nie obiecywałem Klaudii, że będziemy lecz, iż się postaramy. Do końca nie wiedziałem czy uda się przyjechać ale udało i to jest najważniejsze - bardziej niż to kto chciał i mógł a kto nie. Klaudia nie była sama w dniu swojego występu i to istota całej tej sytuacji.


 Na nasz widok dostała wybuchu ekscytacji, szaleństwa a Jej wychowawczyni nie potrafiła utrzymać Jej na scenie za kurtyną - przybiegła do nas i rzuciła się na szyję Kasi i mnie. Bardzo cieszyła się, że jesteśmy, że podobnie jak inne dzieci ma do kogo machać ze sceny biało-czerwonymi rękawiczkami. Potem była już jedynie moja duma z Niej... gdy śpiewali o Polsce łzy stanęły mi w oczach ale tym razem nie byłem w tym wzruszeniu osamotniony - na występ zaproszeni jako goście honorowi byli miejscowi emeryci i oni wszyscy mieli zaszklone oczy choć osoby te pamiętają inną Polskę - inne mają więc do niej uczucia. Był to występ małych Polaków, występ czystych, szczerych serc - oby nigdy nie doświadczyli wojny. Po występie zabraliśmy Klaudię na lody - pełen luz, taką lubię Ją najbardziej: zadowoloną i niczym nie skrępowaną. Zjedliśmy, pobyliśmy trochę ze sobą i odwieźliśmy Klaudię do szkoły na obiad i zajęcia dodatkowe. To był czwartek a dzień później zabraliśmy Ją na weekend do siebie.
    Wczoraj czyli 15 listopada okazało się jednak, że dla pewnych osób przyjechanie do dziecka na występ do szkoły to coś złego, coś co z punktu widzenia odbytej tego dnia rozprawy rzekomo obnaża moje rzekome kłamstwa i złe intencję - ręce opadają jak dobre rzeczy można przeinaczać i jak w tych dobrych rzeczach ginie dobro dziecka. Postępowanie sądowe zainicjowane było z pozwu mojej byłej żony i dotyczy (bo wciąż trwa) zmiany kształtu aktualnie realizowanych kontaktów: 
- z obecnych polegających na tym, że ja jeżdżę po córkę (do innego województwa) w piątek (odbierając Klaudię ze szkoły), zabieram do siebie na weekend a Jej mama, przyjeżdża po Nią w niedziele do mnie i zabiera do siebie;
- na realizację kontaktów jedynie i w całości przeze mnie, a więc, że ja jeżdżę po córkę w piątek i w niedzielę Ją odwożę.
       Pozew ten potwierdza to co często powtarzałem: ex nie chce jeździć, nie może się pogodzić z tym, że po samowolnej i arbitralnej wyprowadzce do innego województwa, sąd rozwodowy zdecydował o tym, iż ona również będzie realizować kontakty a co za tym idzie również ponosić ich koszt i trud. Wiem od niej samej, że świadomość formalnego prawa przeprowadzenia się z dzieckiem dokąd chce i kiedy chce, napawała ją dumą (kiedyś mi to wykrzyczała) i po ustanowieniu obowiązku odbierania Klaudii ode mnie, w jej psychice i świadomości powstał dysonans a na jego gruncie złość. Była żona generalnie jest osobą która nie lubi robić czegoś co musi, co jest jakkolwiek narzucone odgórnie i choć większość ludzi ma podobnie, to jednak istnieją sprawy które rozum i dojrzałość pozwala zaakceptować i przyjąć bez wspomnianej złości. Od początku zmagań o nasze dziecko było to dla niej nie do zaakceptowania i takim pozostaje do dziś. Czynienie jednak z tego jakiegokolwiek argumentu do alienacji rodzicielskiej i izolacji dziecka od ojca, jest jednak delikatnie mówiąc przesadą. 
      Z mojego przyjazdu do córki na występ, uczyniono w sądzie przyjazd ponadprogramowy stanowiący ponoć niepodważalny dowód na to, że nie tylko stać mnie na częstsze dojazdy do/po Klaudię lecz również nie stanowi to dla mnie problemu fizyczno-organizacyjnego. Ze wszystkiego czego się chce, można jak widać robić oręże uderzania we mnie. Może właśnie dlatego ani mama ani wujek nie pojawili się (i zapowiedzieli to wcześniej) na występie (?). W końcu dzięki temu rosła jakaś chora szansa zwabienia mnie na przyjazd (ponadprogramowy choć wcale nie). Tylko co w tym chorym zamyśle miało to dowieść? Że wyjechałem dzień wcześniej aby sprawić córce przyjemność? Że staram się angażować w Jej życie mimo dzielącej nas odległości blisko 300km? Że przyjazd w czwartek na występ jest dla mnie mniej uciążliwy niż przyjazd w piątki pod szkołę po Nią? Nie wracałem przecież po występie do domu żeby na drugi dzień ponownie przyjechać / wrócić. 
      Wspomnę o jeszcze jednej kwestii w tym postępowaniu. Wśród przesłuchiwanych świadków był Damian - funkcjonujący jako wujek, aktualny mąż mojej byłej żony. Nigdy wcześniej nie miałem okazji przebywać z nim w jednym miejscu etc. Tak jak powtarzam zawsze Klaudii tak i napiszę tu: bez względu na to co wujek o mnie myśli, ja mam do niego szacunek za to, że zajmuje się córką i nie musi mnie w ogóle lubić tym bardziej, że nie zna mnie, wie jedynie to i tyle co powiedziała mu mama / moja była żona. Interesuje mnie jedynie to, jak Damian traktuje Klaudie, nie mnie - cokolwiek mówi i myśli: nie mam żalu. Podczas rozprawy pytany o moje alimenty i wydatki na córkę, wyraźnie drwił. Z jednej strony nie spodziewałem się jakiejkolwiek aprobaty gdyż był świadkiem mojej ex ale jednocześnie gdzieś się chyba łudziłem, że pokusi się choć o częściowe zrozumienie a nawet jeśli nie to, że drwin nie będzie w obliczu tego, że sam płaci na swoją córkę (starszą o 4 lata od mojej) alimenty w takiej samej kwocie i nie ponosi kosztów dojazdu po nią do innego województwa. Jest przy tym zdrowy.